Rozrzucanie monet wśród tłumu jest obyczajem sięgającym czasów starożytnych, a stosowanym także znacznie później, aż do XIX stulecia. W ten sposób byli honorowani najmożniejsi władcy, cesarze i papieże, raczej zresztą z okazji uroczystych wjazdów i koronacji niż przy pogrzebach. Rozsypywano wtedy, lub władcy ci własnoręcznie rzucali w tłum, zazwyczaj duże monety srebrne, a nawet złote. Rozsypywanie tych ostatnich zostało przez prawo bizantyjskie, spisane za Justyniana I (527—565), zastrzeżone wyłącznie dla samego cesarza, bo — jak stwierdza ów tekst — „jemu jednemu z wyżyn jego szczęśliwości wolno złotem pogardzać”. Później w Bizancjum rzucano nawet małe sakiewki zawierające zestawy kilku monet złotych, srebrnych i brązowych, przygotowane specjalnie na najbardziej uroczyste okazje. W Rzymie podczas koronacji papieskich rozrzucanie monet miewało ściśle określony, ceremonialny charakter, służąc jednak zarazem torowaniu drogi wśród tłumu podczas przechodzenia orszaku między Lateranem a kościołem świętego Piotra. Na tymże szlaku w 1355 r. rozsypywał własnoręcznie monety cesarz Karol IV. Podobny obyczaj zachowywano w wieku XIV podczas koronacji królewskich w Czechach i na Węgrzech.
Jest nader prawdopodobne, że ostatnia emisja groszy krakowskich trafiła wprost z mennicy na pochód żałobny ciągnący po śmierci Kazimierza Wielkiego ulicami podwawelskimi. Uroczystość tę, zorganizowaną przez Ludwika Węgierskiego już po pogrzebie króla, opisał dokładnie i barwnie Janko z Czarnkowa, świadek naoczny owych wydarzeń. Wedle jego relacji jeden z uczestników orszaku idący przed marami rozsypywał szczodrze grosze biednym i tym wszystkim, którzy tylko chcieli je otrzymać, torując w ten sposób drogę wśród tłumu, a także zachęcając do jeszcze gorliwszych modłów za duszę zmarłego władcy. Niesiono też worki wypełnione groszami, które przesypywano do dwóch srebrnych mis, a z nich mógł brać do woli każdy, kto pragnął złożyć ofiarę na ołtarzu; gdy misy się opróżniały, natychmiast z worków dosypywano nowych groszy. Kronikarz nie określa bliżej, co to były za grosze, krakowskie czy też praskie, a może i jedne, i drugie, jakie właśnie były dostępne w dostatecznie dużych ilościach. W tej sytuacji trudno przecież o bardziej nasuwający się wniosek niż ten, że przede wszystkim sięgnięto do zasobów mennicy krakowskiej, szukając tam worków z monetami, za których pomocą można było najlepiej uczcić pamięć zmarłego króla.
Wraz ze śmiercią Kazimierza Wielkiego zamknął się okres reform i inicjatyw menniczych, które wprawdzie nie dały Polsce trwałego systemu pieniężnego, przygotowały przecież grunt do jego unowocześnienia i unifikacji. Załamał się program ambitny, realizowany z rozmachem, którego nie potrafili czy też nie chcieli podjąć najbliżsi następcy Kazimierza. Toteż rządy władców andegaweńskich nie zapisały się w dziejach pieniądza polskiego szczególnie wyrazistymi zgłoskami. Mimo bogatych tradycji menniczych tej dynastii, by wspomnieć zwłaszcza monety powstałe w królestwie neapolitańskim i liczne ich naśladownictwa, mimo bliższych przykładów mennictwa węgierskiego z czasów Karola Roberta i samego Ludwika, okres andegaweński w Polsce przyniósł pod względem działalności menniczej wyraźny regres w porównaniu z czasami Kazimierza Wielkiego, zwłaszcza w zestawieniu z ostatnimi latami jego panowania. Cała polska produkcja mennicza została sprowadzona znów wyłącznie do „drobnej” monety denarowej, wytwarzanej w niezbyt dużych ilościach, z zachowaniem tylokrotnie już tu wzmiankowanego podziału na emisje małopolskie i wielkopolskie, a więc nie przynoszącej większych zysków i nie będącej aktywnym czynnikiem organizacji rynku.
Denary małopolskie, bite oczywiście w Krakowie, nosiły wyobrażenie orła, a na odwrocie tarczę węgiersko-andegaweńską, złożoną z belek i lilii; niektóre z nich. posiadają nad tarczą maleńkie inicjały imienia władcy: Ludwika (L) lub Jadwigi (H), jednakże bez tytułów króla polskiego. Wyglądem więc różniły się zasadniczo od denarów Kazimierza Wielkiego, natomiast przypominały niektóre monety węgierskie. Pod względem jakości przewyższały one, zwłaszcza w początkowym okresie, denary kazimierzowskie, świadcząc o jakiejś próbie polepszenia pieniądza drobnego przy równoczesnej rezygnacji z „grubszych” jednostek monetarnych. Monety wielkopolskie nosiły również tarczę węgiersko-andegaweńską, na odwrociu zaś skrzyżowane klucze z literą „P” nad nimi, czyli godło Poznania, lub tylko inicjał nazwy tego miasta. Stanowiły więc niejako kontynuację kazimierzowskich denarów z nazwami Poznania i Kalisza oraz podobnie jak tamte reprezentowały chyba nie monetę miejską, lecz raczej wielkopolską monetę królewską. Podobnie ma się sprawa z denarami powstałymi prawdopodobnie w tym samym czasie w mennicy wschowskiej, które jednak były opatrzone nie tarczą andegaweńską, lecz znakiem podwójnego krzyża, używanym jeszcze za Arpadów jako godło królestwa węgierskiego. W latach późniejszych identyczne godło przyjęła też dynastia jagiellońska, stąd powstają niekiedy trudności w odpowiednim zakwalifikowaniu monet opatrzonych owym wyobrażeniem.
Istotną zmianę przynoszą dopiero rządy Władysława Jagiełły. Stanowią one kolejny etap w rozwoju średniowiecznej monety polskiej. Jest to przede wszystkim nowy etap ilościowy: w porównaniu ze stosunkowo przecież nielicznymi monetami ostatnich Piastów i Andegawenów następuje za Jagiełły umasowienie produkcji menniczej. Sama liczba znalezisk, tak skarbów, jak i monet pojedynczych, ulega zwielokrotnieniu, liczby znanych dziś typów i odmian mnożą się, a danym tym sekundują informacje źródeł pisanych dotyczących zarówno obiegu monet, jak i ówczesnej produkcji menniczej. Aktywność ta w dalszym ciągu, a może nawet bardziej niż za Ludwika i Jadwigi, była obliczona na zysk skarbca królewskiego. Wciąż bowiem moneta stanowiła niejako osobistą własność króla, który posiadając wszelkie prawa zwierzchnie dotyczące jej produkcji, zabierał cały dochód płynący z działalności menniczej. Oczywiście dochód ten nie szedł wyłącznie na zaspokojenie osobistych potrzeb władcy i jego rodziny; rozdział pomiędzy skarbem królewskim i państwowym nie został jeszcze przeprowadzony, a tym samym król musiał pokrywać znaczną część wydatków państwowych; niemniej, pojawiają się już raz po raz pewne rozbieżności między interesami ogólnymi i osobistymi monarchy, a w ślad za tym także pierwsze ograniczenia swobody władcy w zakresie produkcji monet, nakładane przede wszystkim przez radę królewską, która stopniowo stawała się coraz bardziej znaczącym czynnikiem w zarządzaniu państwem.
W pierwszych latach po objęciu tronu Jagiełło kontynuował politykę menniczą z okresu andegaweńskiego, ograniczając się do bicia wyłącznie denarów, przy czym dochód z tej działalności ciągnął poprzez wypuszczanie mennicy w dzierżawę, czy to miastu Krakowowi, czy też poszczególnym przedsiębiorcom menniczym. Rychło jednak, już w 1393 r., rozpoczął cykl reform, które w ciągu pięciu lat przyniosły znaczne zmiany w polskim systemie monetarnym i wprowadziły nowe jednostki oraz ich nową rachubę. Podstawowa jednostka, denar, pod rządami Jagiełły przybrała całkiem odmienny od dotychczasowego wygląd zewnętrzny: po jednej stronie miała Orła, po drugiej zaś koronę. Ten zestaw stempli utrzymał się przeszło sto lat, a ponieważ — podobnie jak poprzednie denarki andegaweńskie – - były to monety beznapisowe, napotykano znaczne trudności, pragnąc powiązać poszczególne ich odmiany z poszczególnymi latami produkcji czy choćby z odpowiednimi panującymi, od Władysława Jagiełły aż po Jana Olbrachta. Tak na przykład dopiero w ostatnich latach zostały wyróżnione denary Władysława Warneńczyka, a nadto udało się ustalić kolejność i czas bicia poszczególnych odmian denarów Jagiełły. Odmian tych jest zresztą ogromna ilość, a różnią się one tylko drobnymi punktami lub nieznacznymi odchyleniami kształtu korony.
